blog autorski
Kategorie: Wszystkie | Artykuły | e-booki | Eseje | Opowiadania | Poezja | Publikacje | Recenzje
RSS
czwartek, 15 września 2016

Krzysztof Mierzejewski Wojny żywiołów, Bernardinum 2015

 

 

Powieść Krzysztofa Mierzejewskiego „Wojny żywiołów” liczy sobie niespełna 190 stron tekstu wydrukowanego na pięknym, kremowym papierze czytelną i przyjemną w odbiorze czcionką. Adekwatna do treści okładka, oddająca nastrój opowiadanych tu historii zachęca do czytania. I już od razu czytelnik zostaje wrzucony do świata dawno zapomnianego przez czas. Jesteśmy w X wieku, wikingowie plądruje nasze wybrzeże, skąd porywają niewiasty, by służyły im po drugiej stronie Bałtyku jako niewolnice. Jedną z nich jest Ludomiła, przemianowana przez swojego nowego pana na Aldis. Rollo jest miejscowym przywódcą, który zdobył posłuch dzięki umiejętnościom manipulacji i szantażu. Aldis jest od niego uzależniona. Musi robić wszystko, co ten rozkaże, nawet jeśli nie jest to zgodne z jej sumieniem. Aldis utożsamia powietrze, Bjorn – wodę, Frigerda – ziemię, a Rollo – ogień.

 

Tysiąc lat później sytuacja zdaje się powtarzać, ale już w nowych warunkach. Pochodząca z prowincji Ludwika trafia do agencji towarzyskiej, której właścicielem jest bezduszny Roland Gustowicz, biznesmen i władca dusz. To on nadaje dziewczynie nowe imię – Aldona. Odtąd ma mu wiernie służyć, inaczej zginie w piecu hutniczym. Ochroniarzem Gustowicza jest Borys Olkowski, drugie wcielenie skandynawskiego Bjorna, tak samo mu posłuszny i głupi. Obaj dają się perfidnie wykorzystywać. W tle obu historii jest jeszcze zielarka i znachorka, przedstawicielka żywiołu ziemi, kobieta mająca kontakt z Matką Naturą, dająca siłę mężczyznom, lecząca ich rany. Mieszkańcy Warszawy 2015 roku także utożsamiają żywioły: Roland jest ogniem, Borys – wodą, Aldona – powietrzem, a zielarka Franciszka – ziemią.

 

Każdy z bohaterów jest powiązany ze „swoim” żywiołem – wodą, ogniem, powietrzem lub ziemią. Bez nich nie byłoby życia, co może jest refleksją mało oryginalną, jednak we współczesnym świecie rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, uważając, że jesteśmy niezależni od sił natury. A to właśnie one wspierają lub niszczą, wpływając na losy postaci. Jest tu też mocno uwidocznione starcie pierwiastka męskiego z żeńskim. I zdaje się, że to kobiecość w ostatecznym rozrachunku zwycięża.

 

„Wojny żywiołów” to dobrze przemyślana, napisana staranną polszczyzną powieść. Drobne potknięcia, frazesy i powtórzenia paradoksalnie podkreślają dobry styl Autora. Szczególnie wątki historyczne pobudzają wyobraźnię i każą myśleć o historii jako o nieustannie toczącym się kole. Prządki odpowiedzialne za ludzki los zdają się wciąż powtarzać w swoim dziele te same motywy, wprowadzając czasem tylko drobne zmiany, które dają nam złudzenie, że mamy wpływ na nasze życie. Powstaje tu ważne pytanie: kto tak naprawdę kieruje ludzkim losem? Siły żywiołów, bogowie, a może sprytni manipulatorzy, uzurpujący sobie bezprawnie władzę nad innymi?



14:11, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 września 2016

Stasi Eldredge Stając się sobą. Odkrywanie Bożych marzeń w twoim sercu, Aetos Media 2016

 

 

Presja otoczenia, własne kompleksy, a wreszcie niezadowolenie z samej siebie powodują, że przez całe swoje życie kobiety robią wszystko, by stać się lepszą wersję siebie, zadowalając tym samym wszystkich dookoła. Jesteś za gruba – schudnij, jesteś za głupia – zmądrzej, jesteś za brzydka – wyładniej i tak dalej i tak dalej. Książka Stasi Eldredge Stając się sobą pokazuje, że to błędne myślenie. Nigdy nie będziemy szczęśliwe, jeśli nie staniemy się po prostu sobą, nie zaakceptujemy siebie takimi jakimi jesteśmy. Frazesy, jakie każdego dnia płyną z portali społecznościowych, poradników i blogów tych, którzy zjedli wszystkie rozumy.

 

Autorka poradnika Stając się sobą poleca jednak oprzeć swoje życie na czymś głębszym. Bynajmniej nie na sobie, bo to zbyt mało. Proponuje, by zaufać Bogu, uwierzyć, że nas kocha, że stworzył nas właśnie takimi, bo miał w tym jakiś cel i to piękny cel. Nie jest to łatwe, ale warto spróbować. Oczywiście, jak w każdej książce tego typu, nie brak tu opowieści z prywatnego życia, trudnych przejść, opisów sytuacji, z którymi musiała zmierzyć się Autorka. A jej problemem była przede wszystkim otyłość, której symbolem jest szlafrok w rozmiarze uniwersalnym, który musiała nosić w salonie spa, bo nie mieściła się w żaden inny. Walczyła z zajadaniem problemów, ale bezskutecznie. Nadwaga wciąż wracała, a ona pogrążała się w kompleksach. Aż zrozumiała, gdzie tkwi błąd:

„Bóg jest całym sercem zaangażowany w proces twojego stawania się sobą. Przychodzisz na ten świat zupełnie nowa i rozpoczynasz swą podróż wraz z pierwszym oddechem. (…) Oto cudowny paradoks: im bardziej oddajesz się Bogu, tym bardziej stajesz się sobą – 'sobą', jaką On miał na myśli jeszcze przed stworzeniem świata. Ona gdzieś tam jest. Być może posiniaczona, cała brudna i ubłocona, ale jest. A Jezus przychodzi i woła ją po imieniu.”

 

Z książki dowiemy się, jak zaakceptować siebie jako istotę stworzoną przez Boga, jak pozbyć się kompleksów, uzdrowić relacje z najważniejszą kobietą w życiu – własną matką, zapomnieć o bolesnych doświadczeniach z przeszłości i wreszcie – jak przestać się bać i zacząć realizować swoje marzenia. Stasi Eldredge stara się, na swoim przykładzie, dać czytelniczkom wskazówki, jak poradzić sobie z przeciwnościami i ograniczeniami, poprzez zawierzenie Bogu i oddanie się w Jego kochające ramiona. Z każdą stroną czytelniczka zostaje napełniona pozytywną energią i coraz głębiej zaczyna wierzyć, że w jej przypadku także może się udać. Wiele odniesień do Biblii, przykładów zaczerpniętych z Ewangelii, sprawia, że dzisiejsze problemy kobiet zyskują bardziej uniwersalny wymiar, a rozwiązania już dawno zostały wynalezione. Trzeba tylko wczytać się w Pismo, uwierzyć i śmielej spojrzeć w przyszłość.

 

Jako kolejna książka pomagająca zmierzyć się z problemami i kompleksami, z pewnością spełnia swoją rolę. Nie zaleca kolejnej diety i biegania dla samego biegania. Mówi o duchowej przemianie, która w konsekwencji pomoże także odmienić życie. Pod tym względem może okazać się wyjątkowa.



12:13, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Agnieszka Jałowiec Suszone uszy królika, Apostrophe 2015

 

 

Agnieszka Jałowiec, czyli mała Igiełka i potem starsza już Inga mierzy się w swojej książce zatytułowanej tajemniczo „Suszone uszy królika” z demonami samotności. Wiele tu nawiązań do Alicji w Krainie Czarów. Sama Igiełka także podróżuje w snach do magicznych miejsc, które mają stanowić dla niej wskazówki na przyszłość.

 

„Wiele lat później Inga zrozumiała, że najsmutniejszą klęską, jaką może ponieść człowiek, jest rezygnacja z własnych marzeń, z życia według obranych przez siebie drogowskazów. (…) Aby wybrać siebie trzeba mieć dużo odwagi, a zarazem dziecięcej naiwnej wiary, która jest wolna od ograniczeń w postaci 'nie da się'.”

 

Książka składa się z bajek antybajek, krótkich opowieści, mających symbolizować różne etapy w życiu. Są też niespodzianki w postaci odwróconego tekstu, co ma czytelnika chyba nieco wybudzić z letargu i wzmóc jego czujność, bo może zaraz coś się wydarzy. Z całości wyziera jednak smutek, żal za niespełnionymi marzeniami, za tym, że jednak nie potoczyło się wszystko tak, jak powinno. A przecież bohaterowie tak bardzo są mądrzy, tak wiele wiedzą o życiu, tak wiele pięknych zdań o nim potrafią sformułować. Co zatem jest nie tak? Gdzie tkwi błąd? Czemu nie skaczą ze szczęścia? A może myślą zbyt wiele? Samotność tylko pogłębia rozważania, od których nie da się uciec. Nie myśli się tylko w hałaśliwym towarzystwie. W samotności za to myśli się zbyt wiele.

 

Nieco leniwe te opowiadania, gdzieś podejrzane scenki, zapisane sny, a wszystko podszyte smutkiem jakimś. Odnosi się wrażenie, że wszystko to powstało gdzieś w przytulnym mieszkaniu singielki, marzącej o wyjściu z domu, ale wygoda i lęk przed życiem każą jej zostać. Królik już dawno zdechł, Alicja za nim nie pobiegła. Zostały po nim tylko suszone uszy.



12:11, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2016

Jagoda Grudzień Erasmopeja, Akademicka Oficyna Wydawnicza 2014

 

„Posiadanie wyższego wykształcenia zobowiązuje, bez dwóch zdań”. Takim zdaniem zaczyna się powieść, która zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie literackim Akademickiej Oficyny Wydawniczej pod hasłem „Studenckie czasy”. Jej opublikowanie otworzyło serię wydawniczą, zatytułowaną właśnie „Studenckie czasy”. Seria ma przybliżać studenckie życie, problemy, wzloty i upadki, ale przede wszystkim chyba zachowywać dla potomnych ten najlepszy okres w życiu, do którego potem po latach się tęskni, wspomina z nostalgią.

 

Marcela, nieco zakompleksiona bohaterka powieści ma poważny dylemat: nie wie co na siebie włożyć. W wyprawę po butikach wkłada cały swój intelektualny, wypracowany na studiach polonistycznych potencjał. Ale na nic on się zdaje – zakup odpowiedniej garsonki na rozmowę kwalifikacyjną na studia doktoranckie okazuje się niemożliwy. Następnego dnia staje się także jasne, że był również zbędny, bowiem Marcela dostaje wreszcie upragnione zaproszenie na norweski Universitetet. Teraz staje się jasne: los zdecydował – wyjedzie do Norwegii w ramach programu Erasmus, spełni swoje marzenie, podszkoli norweski, zdobędzie nowe doświadczenia, a doktorat? Doktorat na prestiżowej uczelni może poczekać.

 

Nasza bohaterka jest pełna nadziei, ale i obaw. Skoro udało jej się przebrnąć przez skomplikowaną uczelnianą machinę biurokratyczną to teraz powinno być już łatwo, ale wcale nie jest. Trzeba teorię zamienić na praktykę, spakować się, wsiąść w samolot, zainstalować w akademiku w zupełnie obcym miejscu wśród nieznanych ludzi. Czy sobie poradzi? Czy będzie umiała nawiązać nowe znajomości? Czy odnajdzie się w nowym środowisku? O tym jest ta książka. O przełamywaniu barier, o odwadze, o tym, że w każdym miejscu świata można spotkać sympatycznych ludzi i nawiązać przyjaźnie na całe życie. Dodatkowo jest to także praktyczny przewodnik po meandrach Erasmusa. Dzięki powieści można dowiedzieć się, czego się spodziewać, jakie pułapki mogą czyhać na naiwnych studentów, czego się wystrzegać, a co może się okazać wspaniałą przygodą. „Marcela czuła się zatem – jak zwykle zresztą – w rzeczywistości tej zagubiona. Bawiła się świetnie, niczego jej nie brakowało, czwartkowe i piątkowe imprezy sprawiały jej ogromną przyjemność, ale jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że w zasadzie oczekiwałaby czegoś innego. Czegoś bardziej artystycznego, niepowtarzalnego, o czym czyta się tylko w książkach.”

 

Jak przystało na polonistkę autorka nie powstrzymuje swojego języka, posługuje się prozą rozbudowaną, miejscami wręcz barokową, rozbudowując narrację czasem może aż za bardzo. Każda czynność staje się przyczynkiem do głębszych rozważań, a że bohaterka odczuwa pewne lęki i cechuje się brakiem pewności siebie, to dodatkowo każde nowe zdarzenie staje się dla niej gigantycznym problemem. Ciągle jej się coś psuje, coś nie działa jak należy, a ona sama popełnia masę błędów. Dzięki temu jest zabawnie, a całość czyta się z przyjemnością. Pierwsze, młodzieńcze wyruszenie w wielki świat.



09:28, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Bob Fu, Nancy French Tajny agent Boga, Aetos Media 2015

 

Autobiografia pastora, który stał się ikoną walki o wolność w Chinach.” Hasło reklamowe, mające streścić bogatą zawartość książki, którą czyta się z rosnącym zdumieniem. Chrześcijaństwo w Chinach nie cieszy się, delikatnie rzecz ujmując, specjalnymi względami władz. A jednak, jak wskazują badania, liczba chrześcijan rośnie z każdym rokiem. Specyfika chińskiej kultury mocno zmienia oblicze chrześcijaństwa w tym regionie, co nie pozostaje bez wpływu na resztę świata.

 

Opowieść zaczyna się w niewyobrażalny dla zachodnich czytelników sposób. Jej bohater wraz z ciężarną małżonką wykonują desperacki skok z okna, by uciec przed prześladującymi ich agentami. Żona Fu musiałaby, zgodnie z polityką jednego dziecka, usunąć ciążę, a tego oboje nie chcieli. W następnym rozdziale cofamy się do dzieciństwa Fu, kiedy to mąż jego matki w bezceremonialny sposób rozstaje się z nią i dziećmi. Każe im po prostu opuścić dom. I nie chodzi tu o uczucia, romanse czy inne wymysły. Reforma Mao nazywana „Wielkim skokiem naprzód” mówi jasno: od teraz wszyscy mają pozbyć się własności i żyć w komunie. Urzędnicy traktują ten przykaz jak najbardziej dosłownie: nie ma własności, nie ma małżeństwa, wszystkie dzieci są wspólne. Wspólne gotowanie, jedzenie, spanie... Marzenie hippisów, ale bez poczucia wolności. „Podczas Wielkiego Skoku umierały całe rzesze; niektórzy mówią, że życie straciło niemal trzydzieści milionów ludzi. To dwa razy więcej niż w czasie Holocaustu”. Opis życia w chińskich wsiach lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku przypomina jakiś koszmarny sen. A jednak Xiqiu udaje się przetrwać kolejne etapy. Aż następuje przełom w jego życiu – nie dostaje się na wymarzony kierunek studiów, zostaje za to przydzielony na zupełnie inny. Tam wpada mu przypadkiem w ręce książka, która sprawia, że zaczyna wierzyć w Jezusa. To odmienia życie jego i najbliższych. Xiqiu zaczyna organizować podziemie chrześcijańskie.

 

Prześladowania, życie w ciągłym strachu, walka o zagrożoną ciążę żony Fu, do tego jeszcze niesamowita postawa bliskich, którzy z pełnym poświęceniem oddawali wszystko, by pomóc w działalności ewangelizacyjnej pastora Fu. Książkę czyta się niczym powieść sensacyjną. Mnóstwo tu zwrotów akcji, pięknych, zaskakujących wydarzeń. Życie państwa Fu staje się dowodem na to, jak niezbadane są wyroki Boskie. Stwórca wybrał małego, biednego chłopca, aby głosił Jego słowo w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić. I udało się. Bob Fu założył China Aid, spotykał się z najbardziej wpływowymi ludźmi na świecie, którym opowiadał o sytuacji w Chinach.

 

To książka o prawdziwej niezłomności i odwadze, zachwycająca i przerażająca jednocześnie. W naszym spokojnym kraju, gdzie spory toczy się o kompletne bzdury, książka ta uczy pokory i każe zamilknąć.



09:25, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2016

Maciej Orłoś i Marek Sierocki Teleexpress. 30 lat minęło, Wydawnictwo RM 2016

 

 

Stoi na stacji lokomotywa, co teleexpress się nazywa, i biegu przyspiesza i gna coraz prędzej... i tak od trzydziestu już lat. Autorzy książki, Maciej Orłoś i Marek Sierocki z okazji urodzin swojego programu napisali dla niego, dla siebie i swoich fanów książkę. Nie jest to leksykon, monografia czy alfabet. Jest to zapis rozmowy obu Autorów przeplatany okolicznościowymi fotografiami i anegdotami ze spotkań z gwiazdami – pojawiają się tu: Whitney Houston, Lionel Richie, Michael Jackson, Mick Jagger, Michael Learns to Rock, Shakin' Stevens, Edyta Górniak, Bon Jovi, Kult, Perfect, Lady Pank, Republika, Łzy i wielu, wielu innych, którym udało się pojawić na kilka sekund w czasie programu. Marek Sierocki obdarzony został niezwykłą wręcz pamięcią do szczegółów, dzięki czemu nawet po wielu latach opowiada o wydarzeniach ze świata show biznesu, jakby odbyły się zaledwie przed kilkoma minutami.

 

„Słuchając” rozmów Orłosia z Sierockim poznajemy kulisy powstawania programu, który nie schodził z anteny przez trzy dekady, co samo w sobie jest już gigantycznym sukcesem. Z książki dowiemy się, skąd wzięła się nietypowa formuła programu, w jaki sposób trafiali do niego kolejni prezenterzy i prezenterki.

 

Będziemy też mieli możliwość przeczytania kilku listów od wiernych fanów. Listów pisanych ręcznie, pięknymi charakterami pisma. To nie są byle jak wystukane maile czy esemesy. Jest w tym programie coś z atmosfery retro, pewien spokój, wyważenie, ale i poczucie humoru. Szukanie dobrych wiadomości, inspirujących optymistycznie, a nie tylko pokazywanie przemocy i zła, co ma miejsce w typowych programach informacyjnych. To przede wszystkim decyduje o powodzeniu Teleexpresu. Ale to nie dzieje się samo. Program to przede wszystkim pracujący na jego powstanie ludzie. Ta książka jest właśnie o nich. Ale także o nas, widzach, bez których przecież program by nie istniał. To kawał polskiej historii, opowiedzianej w kontekście popularnego programu telewizyjnego.

 

Książka dla wielbicieli programu będzie miłym prezentem, dla pozostałych telewidzów – stanie się źródłem wiedzy o tym, jak powstaje telewizja, ile jest w tym procesie przypadków, ile szczęścia, a ile najzwyklejszych wpadek. Jak się okazuje bardzo wiele zależy właśnie od odpowiednio przeprowadzonych rozmów, które prowadzą do takich, a nie innych decyzji. Z pewnością dla twórców książki ta podróż była pełna przygód i emocji. Pozostaje tylko podziękować za ostatnie trzydzieści lat pracy dla nas.

 



10:14, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Michał Piedziewicz Domino, Wydawnictwo MG 2016

 

„Domino” jest kontynuacją poprzedniej książki Michała Piedziewicza zatytułowanej „Dżoker”. Akcja zaczyna się w 1969 roku, kiedy to zgorzkniała Łucja próbuje napisać list do Krzysztofa, opisując w nim swoje dotychczasowe życie. Po mieszkaniu kręci się Anusia - „komunistka”, jak nazywa ją matka, obok siedzi także Kot – starszy człowiek, który został poniekąd adoptowany w rodzinie Łucji. Jedno słowo, którym nazywa go stojąca w kolejce „po coś” Anusia budzi w nim lawinę wspomnień i na tej lawinie niesiony jest czytelnik. Tym słowem-kluczem jest „bohater”. „Kot w jej oczach rzeczywiście był bohaterem. (…) Przecież we wrześniu bronił miasta. Potem konspiracja, ruch oporu. W okresie błędów i wypaczeń został aresztowany, był męczony i skazany (– To właśnie wtedy zdziadział – wymsknęło się pewnego razu Łucji...” To swoiste streszczenie burzliwych losów Dziadka Kota, które czytelnik pozna po kawałku z jego już wspomnień. Będzie mógł sam ocenić, czy rzeczywiście był bohaterem, czy tylko próbował przetrwać niełatwe przecież czasy. Retrospekcje ukazują kolejne konflikty wojenne, które odcisnęły bolesne piętno na życiu Konstantego. Przyszło mu uciekać przed Armią Czerwoną, stracić ojca, matkę i siostrę, wreszcie walczyć w obronie Wybrzeża. Jako dorosły człowiek próbował robić interesy, dorobił się zresztą niezłego majątku, po to tylko, by wszystko stracić i na starość zostać kinowym bileterem mieszkającym kątem u rodziny.

 

Powieść Michała Piedziewicza mocno wgryza się w wyobraźnię czytelnika niezmiernie sugestywnymi obrazami przemocy wojennej, często absurdalnej, przypadkowej, ale zawsze tragicznej w skutkach. Gdziekolwiek by nie uciekać, zawsze znajdzie ona swoją ofiarę. Bohaterowie są tu nie tyle mocno zaangażowani w światowe wydarzenia, co stają się ich uczestnikami, nie zawsze tego chcąc. Historia nikogo nie pomija, nie dzieje się na oczach ludzi, ona ich bezpośrednio dotyczy. Przekonują się o tym aż za dobrze bohaterowie powieści. Historie tu zawarte mogłyby stać się częścią biografii niejednego Polaka, dlatego ta opowieść jest tak przejmująca. Wojna jest tu stale obecna, nie ma przed nią ucieczki. Czytamy o nas, o naszych ojcach, matkach, wujkach. O tych, którym przyszło budować Polskę Ludową, czy tego chcieli czy nie. Autorowi należą się gromkie brawa za umiejętne przekazanie klimatu minionych dekad, po których zresztą porusza się z niezwykłą swobodą, a jest przecież młodym człowiekiem. Potrafi po mistrzowsku wcielać się językowo w poszczególne postaci na różnych etapach ich życia. Pogłębione charakterystyki postaci stanowią atut powieści. Bohaterowie poszukują swojego miejsca, muszą dokonywać trudnych wyborów. Ale czy są prawdziwymi bohaterami? Czy w ogóle próbują nimi być?

 

 



17:18, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Halina Kowalczuk Pałacyk za mostem, Lucky 2016

 

 

O tym, jak po życiowym przewrocie kobieta wyjeżdża z dużego miasta na wieś, by zacząć nowe życie, napisano setki powieści. Motyw jest zatem nośny i wciąż budzi przychylność wśród czytelniczek. Tym razem to nie zranione serce nakazuje bohaterce przeprowadzkę, ale śmierć męża i propozycja pracy. Czterdziestoletnia lekarka z Łodzi przenosi się do Ruczaju w górach, by tam objąć w posiadanie uroczy pałacyk, a do niego w komplecie przystojnego weterynarza, który pełnił dotąd rolę także lekarza i łamacza niewieścich serc. Nasza bohaterka, Elżbieta, jest jednak nieugięta i urokom męskim ulegać nie zamierza. Pochłania ją za to magiczna atmosfera nowego miejsca. Szybko zaprzyjaźnia się z ciotką Matyldą, będącą lokalną zielarką i po części także czarownicą. Wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy spodziewali się przybycia Elżbiety. Co więcej, nawet pałac na nią czekał. To ona będzie musiała rozwikłać jego tajemnicę. Przy okazji zbliży się bardziej niż planowała do Tomasza, weterynarza, który także stracił rodzinę.

 

Powieść jest lekturą przyjemną, pełną zabawnych scen, wielu erotycznych uniesień i rozterek romantycznych. Ma zatem wszystko to, co książkom tego gatunku jest potrzebne, by podobać się czytelniczkom. Jest tu ciepło, miło, a ludzie są z natury dobrzy. Ci źli natomiast zostają sprawiedliwie ukarani. Idealny świat na spełnianie śmiałych i nieśmiałych marzeń, a także na realizowanie tych nieuświadamianych. Legendy mieszają się tu z rzeczywistością, przesądy z aktualnymi zdarzeniami. Odcięcie się nieco od wątpliwych uroków życia w wielkim, dusznym mieście, pozwala zagłębić się w duchowość, lepiej poznać innych ludzi i przekonać się o wielkiej sile uczuć.

 

Autorka daje czytelniczkom jasny przekaz – zawsze znajdzie się miejsce na miłość, nawet gdy łzy rozpaczy przesłaniają świat, nawet gdy śmierć staje na drodze kochających się ludzi. Powieść pozwala w to uwierzyć, wystarczy tylko zanurzyć się w jej sielską atmosferę i pozwolić sobie marzyć. Czego więcej chcieć? Dobrze jest pospacerować po ruczajskich szlakach, poznać mieszkańców i wsłuchać się w szum wiatru, niosącego lokalne legendy, które okazują się jak najbardziej prawdziwe. Dobra lektura na letnie wieczory w hamaku. Nie zaprząta specjalnie umysłu, a pozwala się oderwać.



17:17, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2016

Katarzyna Sarnowska Miłość w kolorze sepii, Lucky 2016

 

Przedwojenny Włocławek wraz okolicznymi wioskami miał specyficzny klimat. Dwa razy w tygodniu odbywał się tam targ, na który przychodziła z jajkami piękna Leokadia. W wiosce nazywaną ją księżniczką, bo nie każdy wiedział, że w rodzinnym gospodarstwie traktowana była gorzej od służącej. Jej ojciec zmarł, gdy matka była jeszcze w ciąży. Wyszła za jego młodszego brata, z którym miała jeszcze dwoje ukochanych dzieci. I tylko ta Leokadia była niepotrzebna. Gdy urodziło się jej przyrodnie rodzeństwo, matka zabroniła jej chodzić do szkoły. Musiała pomagać w domu, prać, gotować, zajmować się dziećmi, zwierzętami. Nieszczęśliwa i zawiedziona. Jak każdy kopciuszek znalazła jednak swoje szczęście, swoją nadzieję. Oto poznaje przystojnego oficera. Zakochują się w sobie, pragną być razem. Jednak na drodze do ich szczęścia piętrzą się kolejne przeszkody. Aby oficer mógł pojąć za żonę dziewczynę ze wsi, ta musi mieć jakiś majątek albo średnie wykształcenie. Leokadia wie, że spadku po ojcu żadnego nie dostanie. A o wykształceniu nie ma co marzyć. Młodszy brat potajemnie uczy ją czytać. I to wszystko, jeśli chodzi o szkołę. Poza tym matka i ojczym nigdy się nie zgodzą, by wyszła za mąż za żołnierza i zostawiła ich samych. Gdzie oni znajdą darmową pomoc domową. Lepiej niech pójdzie za miejscowego...

 

Historia zdawać by się mogło banalna. Bo taka też jest. Ale sposób, w jaki została opisana, sprawia, że czytelnik zaczyna przejmować się smutnym losem niesprawiedliwie traktowanej dziewczyny. Przekonująco pokazane warunki, w jakich się wtedy żyło, kontekst historyczny, nawiązanie do ówczesnych wydarzeń, a przede wszystkim – ukazanie uroków Włocławka z lat dwudziestych XX stulecia, sprawiają, że książka staje się udaną lekturą. Kolejne spotkania Leokadii i Jana w mieście stają się okazją do wycieczek po nim. On pokazuje zachwyconej dziewczynie nieznane jej dotąd miejsca, przybliżając przy okazji ich historię. Dla mieszkańców Włocławka może stać się to okazja do własnych podróży śladami bohaterów w głąb historii miasta.

 

Autorce udało się pokazać specyfikę przedwojennych obyczajów. Sposób wysławiania się bohaterów, ich zachowanie w tamtejszych realiach są bardzo przekonujące. Bohaterowie nie myślą w sposób nam współczesny, co podkreśla jeszcze dodatkowo zmiany, jakie dokonały się w obyczajowości w ciągu ostatnich stu lat.

 

Szczególną uwagę zwrócić należy na wartość detali, dziś mało znaczących, jak na przykład fotografia. Traktowana z najwyższym namaszczeniem, niczym relikwia. Ważna jest też rola drobnych gestów, słów, których nie rzuca się na wiatr, byle tylko gadać. To pięknie dopracowana powieść o miłości, pragnieniu spełnienia nieśmiałych marzeń, mimo przeciwności losu. Romans retro w bardzo dobrym wydaniu.



11:18, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Joanna Jagiełło Tiramisu z truskawkami, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Po kawie z kardamonem i czekoladzie z chili czas na kolejny smakowity deser, choć trzeba przyznać, że poprzednie smakowały wybornie. Przekorny jest jednak ten tytuł, bo choć o jedzenie tu chodzi, to raczej nie o delektowanie się nim z przyjemnością.

 

Lince, która miała niemało problemów w poprzedniej powieści Joanny Jagiełło, udało się wreszcie jakoś poskładać. Związek z Adrianem wszedł w nowy etap, a ona sama coraz śmielej myśli o realizowaniu swoich życiowych planów i to nie za dziesięć lat, ale tu i teraz. Postanawia spełnić swoje marzenie i zakłada własną gazetę, na razie w formie bloga. Jest bardzo podekscytowana nowym pomysłem. Nie wie jeszcze, jak wielką przyjęła na siebie odpowiedzialność. Słowo wypowiedziane ma moc. A Linka nie chce zasłaniać oczu, ust i uszu, jak mądre małpki. Uznała je za głupie i postawiła sobie za cel piętnowanie zła, a nie unikanie go.

 

Tymczasem jej przyjaciółka, Natalia, zmierzyć się musi ze swoimi problemami. Jest dziewczyną z bogatego domu, jej rodziców stać na najlepsze liceum w mieście. Po wakacjach w Portugalii czekają ją zmiany – nowa szkoła, stawienie czoła rozwodowi rodziców i wreszcie zerwanie z ukochanym. Poróżniły ich... pieniądze. Natalia nagle zostaje sama. W nowej szkole, w rozbitej rodzinie, bez chłopaka. Swoje rozgoryczenie kieruje na własne ciało. To ono jest wszystkiemu winne, że przytyła w czasie wakacji, że nie wygląda jak modelka, że nie idzie jej na castingach, że chłopak ją zostawił. Postanawia metodycznie wziąć się za siebie. A że jest ambitna sięga po naukowe metody – testuje kolejne diety, wybierając wreszcie idealną dla siebie. Im mniej je, tym lepiej się czuje. Ani mama, ani koleżanki nie zauważają zmian, jakie się w niej dokonują. Każdy przecież zajęty jest swoimi sprawami.

 

Joanna Jagiełło w bardzo przekonujący sposób pokazuje rozwój choroby, która dotyczy bardzo wiele nastolatek. Zaczyna się tak niewinnie od pragnienia pozbycia się nadmiaru tłuszczyku z ud, a kończy... No właśnie. Warto sięgnąć po tę lekturę. Matki mogą zobaczyć w innym świetle swoje dorastające córki, a młode dziewczyny znajdą ostrzeżenie przed tym, co może je spotkać, jeśli przesadzą. Powieść pokazuje, że dorastanie, nawet w sprzyjających warunkach, niesie ze sobą wiele problemów. Burza hormonów, szaleństwo uczuć, konieczność podejmowania ważnych decyzji na całe przyszłe życie, choć nie ma się o nim żadnego pojęcia. Ideały ideałami, a rzeczywistość idzie swoją drogą. Autorka po raz kolejny udowadnia doskonałą znajomość realiów i sposobu myślenia współczesnych młodych ludzi, próbujących wejść w dorosłość. To bardzo trudny etap, najeżony licznymi pułapkami. Takie książki pozwalają je nie tylko omijać, ale przede wszystkim – pokazują konsekwencje podejmowanych działań i możliwe scenariusze.



11:17, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49