blog autorski
Kategorie: Wszystkie | Artykuły | e-booki | Eseje | Opowiadania | Poezja | Publikacje | Recenzje
RSS
wtorek, 23 sierpnia 2016

Maciej Orłoś i Marek Sierocki Teleexpress. 30 lat minęło, Wydawnictwo RM 2016

 

 

Stoi na stacji lokomotywa, co teleexpress się nazywa, i biegu przyspiesza i gna coraz prędzej... i tak od trzydziestu już lat. Autorzy książki, Maciej Orłoś i Marek Sierocki z okazji urodzin swojego programu napisali dla niego, dla siebie i swoich fanów książkę. Nie jest to leksykon, monografia czy alfabet. Jest to zapis rozmowy obu Autorów przeplatany okolicznościowymi fotografiami i anegdotami ze spotkań z gwiazdami – pojawiają się tu: Whitney Houston, Lionel Richie, Michael Jackson, Mick Jagger, Michael Learns to Rock, Shakin' Stevens, Edyta Górniak, Bon Jovi, Kult, Perfect, Lady Pank, Republika, Łzy i wielu, wielu innych, którym udało się pojawić na kilka sekund w czasie programu. Marek Sierocki obdarzony został niezwykłą wręcz pamięcią do szczegółów, dzięki czemu nawet po wielu latach opowiada o wydarzeniach ze świata show biznesu, jakby odbyły się zaledwie przed kilkoma minutami.

 

„Słuchając” rozmów Orłosia z Sierockim poznajemy kulisy powstawania programu, który nie schodził z anteny przez trzy dekady, co samo w sobie jest już gigantycznym sukcesem. Z książki dowiemy się, skąd wzięła się nietypowa formuła programu, w jaki sposób trafiali do niego kolejni prezenterzy i prezenterki.

 

Będziemy też mieli możliwość przeczytania kilku listów od wiernych fanów. Listów pisanych ręcznie, pięknymi charakterami pisma. To nie są byle jak wystukane maile czy esemesy. Jest w tym programie coś z atmosfery retro, pewien spokój, wyważenie, ale i poczucie humoru. Szukanie dobrych wiadomości, inspirujących optymistycznie, a nie tylko pokazywanie przemocy i zła, co ma miejsce w typowych programach informacyjnych. To przede wszystkim decyduje o powodzeniu Teleexpresu. Ale to nie dzieje się samo. Program to przede wszystkim pracujący na jego powstanie ludzie. Ta książka jest właśnie o nich. Ale także o nas, widzach, bez których przecież program by nie istniał. To kawał polskiej historii, opowiedzianej w kontekście popularnego programu telewizyjnego.

 

Książka dla wielbicieli programu będzie miłym prezentem, dla pozostałych telewidzów – stanie się źródłem wiedzy o tym, jak powstaje telewizja, ile jest w tym procesie przypadków, ile szczęścia, a ile najzwyklejszych wpadek. Jak się okazuje bardzo wiele zależy właśnie od odpowiednio przeprowadzonych rozmów, które prowadzą do takich, a nie innych decyzji. Z pewnością dla twórców książki ta podróż była pełna przygód i emocji. Pozostaje tylko podziękować za ostatnie trzydzieści lat pracy dla nas.

 



10:14, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Michał Piedziewicz Domino, Wydawnictwo MG 2016

 

„Domino” jest kontynuacją poprzedniej książki Michała Piedziewicza zatytułowanej „Dżoker”. Akcja zaczyna się w 1969 roku, kiedy to zgorzkniała Łucja próbuje napisać list do Krzysztofa, opisując w nim swoje dotychczasowe życie. Po mieszkaniu kręci się Anusia - „komunistka”, jak nazywa ją matka, obok siedzi także Kot – starszy człowiek, który został poniekąd adoptowany w rodzinie Łucji. Jedno słowo, którym nazywa go stojąca w kolejce „po coś” Anusia budzi w nim lawinę wspomnień i na tej lawinie niesiony jest czytelnik. Tym słowem-kluczem jest „bohater”. „Kot w jej oczach rzeczywiście był bohaterem. (…) Przecież we wrześniu bronił miasta. Potem konspiracja, ruch oporu. W okresie błędów i wypaczeń został aresztowany, był męczony i skazany (– To właśnie wtedy zdziadział – wymsknęło się pewnego razu Łucji...” To swoiste streszczenie burzliwych losów Dziadka Kota, które czytelnik pozna po kawałku z jego już wspomnień. Będzie mógł sam ocenić, czy rzeczywiście był bohaterem, czy tylko próbował przetrwać niełatwe przecież czasy. Retrospekcje ukazują kolejne konflikty wojenne, które odcisnęły bolesne piętno na życiu Konstantego. Przyszło mu uciekać przed Armią Czerwoną, stracić ojca, matkę i siostrę, wreszcie walczyć w obronie Wybrzeża. Jako dorosły człowiek próbował robić interesy, dorobił się zresztą niezłego majątku, po to tylko, by wszystko stracić i na starość zostać kinowym bileterem mieszkającym kątem u rodziny.

 

Powieść Michała Piedziewicza mocno wgryza się w wyobraźnię czytelnika niezmiernie sugestywnymi obrazami przemocy wojennej, często absurdalnej, przypadkowej, ale zawsze tragicznej w skutkach. Gdziekolwiek by nie uciekać, zawsze znajdzie ona swoją ofiarę. Bohaterowie są tu nie tyle mocno zaangażowani w światowe wydarzenia, co stają się ich uczestnikami, nie zawsze tego chcąc. Historia nikogo nie pomija, nie dzieje się na oczach ludzi, ona ich bezpośrednio dotyczy. Przekonują się o tym aż za dobrze bohaterowie powieści. Historie tu zawarte mogłyby stać się częścią biografii niejednego Polaka, dlatego ta opowieść jest tak przejmująca. Wojna jest tu stale obecna, nie ma przed nią ucieczki. Czytamy o nas, o naszych ojcach, matkach, wujkach. O tych, którym przyszło budować Polskę Ludową, czy tego chcieli czy nie. Autorowi należą się gromkie brawa za umiejętne przekazanie klimatu minionych dekad, po których zresztą porusza się z niezwykłą swobodą, a jest przecież młodym człowiekiem. Potrafi po mistrzowsku wcielać się językowo w poszczególne postaci na różnych etapach ich życia. Pogłębione charakterystyki postaci stanowią atut powieści. Bohaterowie poszukują swojego miejsca, muszą dokonywać trudnych wyborów. Ale czy są prawdziwymi bohaterami? Czy w ogóle próbują nimi być?

 

 



17:18, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Halina Kowalczuk Pałacyk za mostem, Lucky 2016

 

 

O tym, jak po życiowym przewrocie kobieta wyjeżdża z dużego miasta na wieś, by zacząć nowe życie, napisano setki powieści. Motyw jest zatem nośny i wciąż budzi przychylność wśród czytelniczek. Tym razem to nie zranione serce nakazuje bohaterce przeprowadzkę, ale śmierć męża i propozycja pracy. Czterdziestoletnia lekarka z Łodzi przenosi się do Ruczaju w górach, by tam objąć w posiadanie uroczy pałacyk, a do niego w komplecie przystojnego weterynarza, który pełnił dotąd rolę także lekarza i łamacza niewieścich serc. Nasza bohaterka, Elżbieta, jest jednak nieugięta i urokom męskim ulegać nie zamierza. Pochłania ją za to magiczna atmosfera nowego miejsca. Szybko zaprzyjaźnia się z ciotką Matyldą, będącą lokalną zielarką i po części także czarownicą. Wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy spodziewali się przybycia Elżbiety. Co więcej, nawet pałac na nią czekał. To ona będzie musiała rozwikłać jego tajemnicę. Przy okazji zbliży się bardziej niż planowała do Tomasza, weterynarza, który także stracił rodzinę.

 

Powieść jest lekturą przyjemną, pełną zabawnych scen, wielu erotycznych uniesień i rozterek romantycznych. Ma zatem wszystko to, co książkom tego gatunku jest potrzebne, by podobać się czytelniczkom. Jest tu ciepło, miło, a ludzie są z natury dobrzy. Ci źli natomiast zostają sprawiedliwie ukarani. Idealny świat na spełnianie śmiałych i nieśmiałych marzeń, a także na realizowanie tych nieuświadamianych. Legendy mieszają się tu z rzeczywistością, przesądy z aktualnymi zdarzeniami. Odcięcie się nieco od wątpliwych uroków życia w wielkim, dusznym mieście, pozwala zagłębić się w duchowość, lepiej poznać innych ludzi i przekonać się o wielkiej sile uczuć.

 

Autorka daje czytelniczkom jasny przekaz – zawsze znajdzie się miejsce na miłość, nawet gdy łzy rozpaczy przesłaniają świat, nawet gdy śmierć staje na drodze kochających się ludzi. Powieść pozwala w to uwierzyć, wystarczy tylko zanurzyć się w jej sielską atmosferę i pozwolić sobie marzyć. Czego więcej chcieć? Dobrze jest pospacerować po ruczajskich szlakach, poznać mieszkańców i wsłuchać się w szum wiatru, niosącego lokalne legendy, które okazują się jak najbardziej prawdziwe. Dobra lektura na letnie wieczory w hamaku. Nie zaprząta specjalnie umysłu, a pozwala się oderwać.



17:17, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2016

Katarzyna Sarnowska Miłość w kolorze sepii, Lucky 2016

 

Przedwojenny Włocławek wraz okolicznymi wioskami miał specyficzny klimat. Dwa razy w tygodniu odbywał się tam targ, na który przychodziła z jajkami piękna Leokadia. W wiosce nazywaną ją księżniczką, bo nie każdy wiedział, że w rodzinnym gospodarstwie traktowana była gorzej od służącej. Jej ojciec zmarł, gdy matka była jeszcze w ciąży. Wyszła za jego młodszego brata, z którym miała jeszcze dwoje ukochanych dzieci. I tylko ta Leokadia była niepotrzebna. Gdy urodziło się jej przyrodnie rodzeństwo, matka zabroniła jej chodzić do szkoły. Musiała pomagać w domu, prać, gotować, zajmować się dziećmi, zwierzętami. Nieszczęśliwa i zawiedziona. Jak każdy kopciuszek znalazła jednak swoje szczęście, swoją nadzieję. Oto poznaje przystojnego oficera. Zakochują się w sobie, pragną być razem. Jednak na drodze do ich szczęścia piętrzą się kolejne przeszkody. Aby oficer mógł pojąć za żonę dziewczynę ze wsi, ta musi mieć jakiś majątek albo średnie wykształcenie. Leokadia wie, że spadku po ojcu żadnego nie dostanie. A o wykształceniu nie ma co marzyć. Młodszy brat potajemnie uczy ją czytać. I to wszystko, jeśli chodzi o szkołę. Poza tym matka i ojczym nigdy się nie zgodzą, by wyszła za mąż za żołnierza i zostawiła ich samych. Gdzie oni znajdą darmową pomoc domową. Lepiej niech pójdzie za miejscowego...

 

Historia zdawać by się mogło banalna. Bo taka też jest. Ale sposób, w jaki została opisana, sprawia, że czytelnik zaczyna przejmować się smutnym losem niesprawiedliwie traktowanej dziewczyny. Przekonująco pokazane warunki, w jakich się wtedy żyło, kontekst historyczny, nawiązanie do ówczesnych wydarzeń, a przede wszystkim – ukazanie uroków Włocławka z lat dwudziestych XX stulecia, sprawiają, że książka staje się udaną lekturą. Kolejne spotkania Leokadii i Jana w mieście stają się okazją do wycieczek po nim. On pokazuje zachwyconej dziewczynie nieznane jej dotąd miejsca, przybliżając przy okazji ich historię. Dla mieszkańców Włocławka może stać się to okazja do własnych podróży śladami bohaterów w głąb historii miasta.

 

Autorce udało się pokazać specyfikę przedwojennych obyczajów. Sposób wysławiania się bohaterów, ich zachowanie w tamtejszych realiach są bardzo przekonujące. Bohaterowie nie myślą w sposób nam współczesny, co podkreśla jeszcze dodatkowo zmiany, jakie dokonały się w obyczajowości w ciągu ostatnich stu lat.

 

Szczególną uwagę zwrócić należy na wartość detali, dziś mało znaczących, jak na przykład fotografia. Traktowana z najwyższym namaszczeniem, niczym relikwia. Ważna jest też rola drobnych gestów, słów, których nie rzuca się na wiatr, byle tylko gadać. To pięknie dopracowana powieść o miłości, pragnieniu spełnienia nieśmiałych marzeń, mimo przeciwności losu. Romans retro w bardzo dobrym wydaniu.



11:18, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Joanna Jagiełło Tiramisu z truskawkami, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Po kawie z kardamonem i czekoladzie z chili czas na kolejny smakowity deser, choć trzeba przyznać, że poprzednie smakowały wybornie. Przekorny jest jednak ten tytuł, bo choć o jedzenie tu chodzi, to raczej nie o delektowanie się nim z przyjemnością.

 

Lince, która miała niemało problemów w poprzedniej powieści Joanny Jagiełło, udało się wreszcie jakoś poskładać. Związek z Adrianem wszedł w nowy etap, a ona sama coraz śmielej myśli o realizowaniu swoich życiowych planów i to nie za dziesięć lat, ale tu i teraz. Postanawia spełnić swoje marzenie i zakłada własną gazetę, na razie w formie bloga. Jest bardzo podekscytowana nowym pomysłem. Nie wie jeszcze, jak wielką przyjęła na siebie odpowiedzialność. Słowo wypowiedziane ma moc. A Linka nie chce zasłaniać oczu, ust i uszu, jak mądre małpki. Uznała je za głupie i postawiła sobie za cel piętnowanie zła, a nie unikanie go.

 

Tymczasem jej przyjaciółka, Natalia, zmierzyć się musi ze swoimi problemami. Jest dziewczyną z bogatego domu, jej rodziców stać na najlepsze liceum w mieście. Po wakacjach w Portugalii czekają ją zmiany – nowa szkoła, stawienie czoła rozwodowi rodziców i wreszcie zerwanie z ukochanym. Poróżniły ich... pieniądze. Natalia nagle zostaje sama. W nowej szkole, w rozbitej rodzinie, bez chłopaka. Swoje rozgoryczenie kieruje na własne ciało. To ono jest wszystkiemu winne, że przytyła w czasie wakacji, że nie wygląda jak modelka, że nie idzie jej na castingach, że chłopak ją zostawił. Postanawia metodycznie wziąć się za siebie. A że jest ambitna sięga po naukowe metody – testuje kolejne diety, wybierając wreszcie idealną dla siebie. Im mniej je, tym lepiej się czuje. Ani mama, ani koleżanki nie zauważają zmian, jakie się w niej dokonują. Każdy przecież zajęty jest swoimi sprawami.

 

Joanna Jagiełło w bardzo przekonujący sposób pokazuje rozwój choroby, która dotyczy bardzo wiele nastolatek. Zaczyna się tak niewinnie od pragnienia pozbycia się nadmiaru tłuszczyku z ud, a kończy... No właśnie. Warto sięgnąć po tę lekturę. Matki mogą zobaczyć w innym świetle swoje dorastające córki, a młode dziewczyny znajdą ostrzeżenie przed tym, co może je spotkać, jeśli przesadzą. Powieść pokazuje, że dorastanie, nawet w sprzyjających warunkach, niesie ze sobą wiele problemów. Burza hormonów, szaleństwo uczuć, konieczność podejmowania ważnych decyzji na całe przyszłe życie, choć nie ma się o nim żadnego pojęcia. Ideały ideałami, a rzeczywistość idzie swoją drogą. Autorka po raz kolejny udowadnia doskonałą znajomość realiów i sposobu myślenia współczesnych młodych ludzi, próbujących wejść w dorosłość. To bardzo trudny etap, najeżony licznymi pułapkami. Takie książki pozwalają je nie tylko omijać, ale przede wszystkim – pokazują konsekwencje podejmowanych działań i możliwe scenariusze.



11:17, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 sierpnia 2016

Marta Kosakowska Marika Antydepresanty, Edipresse Książki 2016

 

Antydepresanty Marty Kosakowskiej, popularnej artystki, autorki tekstów, to swoisty pamiętnik, literacka autobiografia. Tekst wzbogacono dzięki aplikacji Tap2C dodatkowymi materiałami filmowymi, między innymi na których to sama Marika czyta swoje zapiski. Bardzo to osobiste i sympatyczne zarazem.

 

Książka napisana przez młodą, zdolną osobę, która jak się okazuje ma sporo do powiedzenia swojemu pokoleniu. Wiersze, wspomnienia, a nawet rysunki uchylają rąbka jej bogatego wnętrza. Wraz z Autorką wspominamy dzieciństwo, dorastanie w warunkach kończącego się Peerelu, nieco zazdrościmy możliwości wyjazdu za Ocean i dziwimy się powrotowi. A wszystko po to, by uświadomić sobie jak ważna jest tożsamość, poczucie przynależności, korzenie. Z notatek wyłania się mądra, subtelna kobieta, o dużej wrażliwości. Zaglądając do wnętrza jej osobowości udaje nam się poznać także kontekst, w jakim powstawały piosenki Mariki. Dzięki temu teksty mniej lub bardziej znane słuchaczom z płyt, nabierają nowych sensów.

 

Z pewnością będzie to miła lektura dla fanów twórczości Marty Kosakowskiej, ale i dla pokolenia urodzonego we wczesnych latach osiemdziesiątych będzie to czas spędzony na wspomnieniach i próbie dokonania głębszej refleksji na temat istoty przemian, które dokonały się w kraju. A nie jest to książka o wymiarze politycznym, oczywiście. Przemiany dotyczą raczej sposobu postrzegania rzeczywistości, otwarcia się na świat i spojrzenia z szerszej perspektywy.

 

Wspólnie z Autorką podróżujemy po jej światach, czytamy z nią książki, odwiedzamy znane i nieznane miejsca, a przede wszystkim – słuchamy muzyki, która pełni w jej życiu kluczową rolę. Szczerość, umiejętność pisania z dystansem wobec siebie, poczucie humoru i klasa – to główne zalety książki. Jest spokojna i dobrze wyważona. Wprowadza spokój, a o to chyba chodzi, gdy chcemy zwalczyć poczucie depresji. „Antydepresanty” Mariki można polecić, dawkowanie w małych porcjach, za to do myślenia sporo.



14:39, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

K. Bromberg Raced. Ścigany uczuciem, Septem 2016

 

„Raced” K. Bromberg jest swego rodzaju postscriptum trylogii „Driven”. „Trylogii, która nie jest po prostu romansem. To wysmakowana, niepowtarzalna karuzela emocji, instynktów i pragnień, wciągająca, uzależniająca, przyprawiająca o zawrót głowy, dreszcze i bezsenność.” Opowiada o burzliwym związku pięknej (no przecież że nie brzydkiej), ambitnej (no ba!), przebojowej (oczywiście), kobiecie sukcesu (bohaterką powieści erotycznej raczej rzadko jest matka piątki dzieci...) oraz jej szalonego, pozbawionego skrupułów niegrzecznego partnera, który raczej do stałego związku się nie nadaje. Jest po prostu kawałem sk... Ale w recenzji tak nieodpowiednich słów się nie używa. Choć sama autorka od nich nie stroni.

 

W każdym razie trylogia pisana jest przez chyba niespełnioną erotycznie żonę i matkę, bowiem jej bohaterka, z perspektywy której opowiadana jest ta historia, jest delikatnie mówiąc niepohamowaną erotomanką. Jej facet podobnie. Nie myśli o niczym innym. A jeśli robi coś innego, to tylko w ramach przerwy między kolejnymi stosunkami. Cóż, takie prawo gatunku. Szaleją oboje na różne sposoby, by na koniec co? Wziąć ślub. Mało romantyczny co prawda, ale za to na miarę ich potrzeb.

 

Fanki jednak bardzo polubiły serię, bo zażądały od Autorki, by dopisała wersję z perspektywy Coltona Donovana. Serio. Tak się nazywa. Colt jest tak niegrzeczny jak tylko sobie może to wyobrazić grzeczna dziewczynka. Wyzwaniem dla pani K. Bromberg stało się zatem wcielenie w jego rolę i przedstawienie jego odczuć w poszczególnych scenach. Ale uznała za bezcelowe pisanie całości jeszcze raz, wybrała zatem kluczowe sceny, które napisała jako Colton. Aby czytelniczki mogły go bardziej polubić i zapragnąć. A facet, trzeba przyznać, jest wyjątkowo erotycznie nakręcony. Przy pierwszym spotkaniu z kobietą, gdy ta wpada na niego przypadkiem wpadając w jego silne ramiona, całuje ją, doprowadza niemal do ekstazy, pakując łapę między nogi. Tak się witają w środowisku, nie dziwmy się niczemu. Książka pełna jest pikantnych scen, ale wyrwanych z kontekstu, więc jeśli ktoś nie zagłębił się w trylogię Driven, to Raced mu nie podejdzie. Najpierw mamy zatem krótkie wprowadzenie odautorskie, by zorientować się, w którym momencie fabuły jesteśmy, a potem następuje scena pisana z perspektywy Coltona.

 

Pani K. zatytułowała książkę „Ścigany uczuciem”, by pokazać, że nawet taki drań, wykorzystujący co się da na lewo i prawo, potrafi się zakochać, wystarczy postawić przed nim godną zawodniczkę, i można rozpoczynać grę. A toczy się ona w niesamowitym tempie. Od numerku do numerku.



14:38, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Augusta Docher Habbatum. Wędrowcy, Bis 2016

 

Augusta Docher ponownie zabiera swoich czytelników do stworzonego przez siebie świata, w którym na równych prawach współistnieje alternatywna rzeczywistość. Jej bohaterka, Anna Wilk jest przedstawicielką plemienia Eperu. Jej chłopak, aktor Leo Black – także. Niestety zostają rozdzieleni przez złą przedstawicielkę plemienia Habbatum. Książka staje się więc walką o powrót do siebie i wyrwanie się spod złego wpływu byłej nauczycielki Ani – Dorothy. Eperu są zatem dobrzy, a ci z Habbatum – źli. Cały problem polega na rozpoznaniu tych drugich i trzymaniu się od nich z daleka. Na szczęście nie jest to aż tak trudne, bowiem jedni i drudzy mają znaki na ciele po różnych stronach. Więc wystarczy dobrze się przyjrzeć. Cały problem jednak tkwi gdzie indziej – Anna i Leo są daleko od siebie, ich związek narażony jest na straty, a życie obojga może być zagrożone. Nie wiadomo, gdzie przebywa Ania. Leo udaje, że jej nie szuka, by nie wzbudzać podejrzeń, a sama Dorothy szkoli dziewczynę w sobie wiadomym celu. Być może uknuła jakiś misterny plan zemsty na Leo, którego szczerze nienawidzi.

 

Bohaterowie mają wiele wcieleń, wystarczy je sobie przypomnieć, by odgadnąć sens tego wszystkiego. Czytelnik także ma z tym kłopot, bo niewiele się wyjaśnia w trakcie lektury. Fani powstającej właśnie serii z pewnością się teraz oburzą, bowiem przejęli się już mocno losem bohaterów i żyją kolejnymi przydarzającymi się im przygodami. Narracja prowadzona jest z dwóch punktów widzenia – Anny i Leo, dzięki temu uzyskujemy nieco pełniejszy obraz wydarzeń, choć to nie bohaterowie są ich motorem. Muszą zmierzyć się z potężnym przeciwnikiem, bowiem w połowie fabuły na scenę wkracza jeszcze trzecie plemię, którego potomkinią okazuje się być Anna. Ups, chyba zdradziłam ważny element scenariusza. W każdym razie wszystko mocno się gmatwa, pojawiają się kolejne pytania, szczególnie te o miłość między głównymi bohaterami. Ale ta zdaje się być trwała niczym ich istnienie, są w końcu jakby nie było w pewien sposób nieśmiertelni. Szkoda tylko, że muszą żyć w poczuciu nieustannego zagrożenia.

 

Młodzieżowe fantasy z bohaterami wziętymi wprost z otoczenia czytelników, którym wydaje się, że życie gwiazd z kolorowych czasopism jest bardziej fascynujące. I mają rację. Mogą przemieszczać się w dowolne miejsca na świecie, nie martwić się pracą, jedzeniem, które zawsze ktoś uczynny podrzuci. A do tego – żyją wiecznie, bo nawet jeśli zdarzy im się ulegnąć wypadkowi, powrócą w nowym wcieleniu i mogą kontynuować swoje losy. Fajnie? Może i tak, ale dokąd to wszystko zmierza? Może do odkrycia sekretu astrum? Albo pojawienia się kolejnych plemion ingerujących beztrosko w życie prawdziwych ludzi? Choć z identyfikacją tych ostatnich może już być problem. Coraz więcej postaci ukrywa swoje sekretne plemienne pochodzenie. Augusta Docher, jeśli tylko nie zabraknie jej pomysłów, będzie mogła kontynuować swoją opowieść.



14:36, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 sierpnia 2016

Ella Woodward Smakowita Ella. Cudowne produkty i przepyszne jedzenie, które pokochacie ty i twoje ciało, Znak litera nova 2016

 

„Smakowita Ella” to kulinarna opowieść o życiu i przemianie byłej modelki Elli Woodward. Na początku Autorka przyznaje, że żyła szybko, nie zawsze dbając o siebie, jedząc śmieciowe jedzenie, nie zwracając uwagi na konsekwencje. Zapłaciła za to wysoką cenę – zdrowie. Ta strata dotknęła ją boleśnie. Postanowiła zmienić wszystko w swoim dotychczasowym życiu. Zwolnić tempo, a przede wszystkim – zmienić to, czym karmiła dotąd swoje ciało. Podjęła decyzję o przejściu na dietę wegańską, bezglutenową, bezcukrową i pozbawioną chemicznych dodatków. W dzisiejszym zagonionym świecie, podsuwającym na każdym kroku łatwe, rzekomo zdrowe przekąski, wcale nie jest to łatwe. A jednak Ella zaparła się i zaczęła sama przygotowywać swoje posiłki, rezygnując z gotowych produktów, szukając tych zdrowych, naturalnych, a jednocześnie nie rezygnując z przysmaków, które kojarzyły jej się z dzieciństwem, a więc gofrów, lodów, słodyczy. Z tym że teraz przygotowuje je samodzielnie ze zdrowych zamienników. Swoimi przemyśleniami i wymyślonymi przez siebie przepisami dzieli się z czytelnikami na swoim blogu, który cieszy się niesłabnącym powodzeniem. No cóż – dziewczyna jest atrakcyjna, a zdjęcia potraw wyglądają smakowicie. Przy czym Autorka nie każe nam się żegnać z lodami, uczy tylko jak je lepiej przygotowywać, by służyły zdrowiu. To nie jest książka o odchudzaniu. To poradnik jak jeść zdrowo.

 

Gdy ktoś znany pisze książkę kucharską (a jest ich nadzwyczaj sporo), podkreśla przede wszystkim zalety naturalnych, sezonowych produktów, własnoręcznego wykonywania potraw i wspólnego, rodzinnego biesiadowania. W praktyce celebryckie propozycje zajmują mnóstwo czasu i wykonane są z przedziwnych, trudno dostępnych produktów o egzotycznych nazwach. Takie książki czyta się zatem nie jako podręczniki zdrowego odżywiania, ale – ciekawostki, relacje z dalekich podróży.

 

Dlatego podejrzewać można, że w tym przypadku będzie podobnie. Ale nie jest. Przepisy Elli wcale nie są wymyślne. Autorka zastępuje jedynie niezdrowe składniki, tymi zdrowszymi, lepszymi. A jej propozycje są ciekawe, proste, a zarazem... swojskie. Wykorzystuje buraki, ogórki, ryż, kasze, orzechy, słonecznik, brokuły, awokado, marchew... Wykonuje przy tym – ciasteczka, zupy, pesto, kremy przeróżne. Czas przygotowania także nie przeraża. Jest to jedna z książek, które jednak warto mieć, warto do niej zaglądać, by od czasu do czasu coś odmienić w swojej kuchni. Zmian najlepiej dokonywać małymi krokami. I do tego właśnie przekonuje nas Ella Woodward. Warto posłuchać.



10:29, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Danuta Korolewicz Dama z fontanny, Lucky 2016

 

Dziewiętnastoletnia Edyta z Grudziądza rozpoczyna swoją pierwszą wakacyjną pracę jako pokojówka i sprzątaczka w zamku państwa Bohdanowiczów w Bohdanowicach. Na miejscu nie ma zasięgu, w zamku dzieją się dziwne rzeczy, a jej poprzedniczka zginęła spadając z wieży. Już pierwszego dnia pobytu w zamku dziewczyna uczestniczy w nocnym pogrzebie. Jej przełożona jest bardzo wymagająca, nie pozwala opuszczać posiadłości nawet w czasie wolnym od pracy. Edyta nie może nawet zadzwonić do rodziny. Co więcej nie ma umowy o pracę, rzekomo po to, by mogła zarobić więcej, bez płacenia składek i podatków. Powinna uciekać, a jednak zostaje i pozwala sobą manipulować przez podejrzanych członków rodziny. Teraz pozostaje jej tylko przyjąć panujące w zamku reguły gry. Sytuację komplikuje niepokojąca obecność damy z fontanny, która w deszczowe noce (dama, a nie fontanna) lubi przechadzać się po dziedzińcu, mimo kamiennego ciała. Może to tylko przywidzenia, a może uderzające podobieństwo przodkini właścicieli zamku do tragicznie zmarłej pokojówki nie jest wcale przypadkowe...

 

Danuta Korolewicz stara się stworzyć wrażenie rosnącego napięcia i poczucia grozy. Nocne głosy, stukoty, rozsypujące się po podłodze perełki, manekiny w rycerskich zbrojach, ciemność na korytarzu, konieczność używania latarek ze względu na oszczędność prądu. To wszystko ma budować mroczny klimat. To jednak nie do końca się udało. Nikt nikogo nie morduje, ani nawet nie ma zamiaru. Seniorka rodu, mimo podeszłego wieku, cieszy się dobrym zdrowiem. Zresztą rodzinie zależy na tym, by żyła jak najdłużej. Mieszkańcy dosyć szybko przyznają się do swoich niecnych zamiarów, bo targają nimi wyrzuty sumienia. Nie można zatem mówić o horrorze, ani nawet thrillerze. Kryminał to także nie jest. Romans ogranicza się do potajemnych spotkań bohaterów. Także bez większych porywów emocji. Może przydałoby się dodać nieco więcej grozy, porywów serca, zagrożenia życia. Pomysł ogólnie całkiem ciekawy, ale zbyt szybko zostają odkryte karty i w zasadzie czytelnik większości może się już domyśleć.

 

Niemniej jednak powieść czyta się dobrze, bez przestojów i dłużyzn. Jest dobrze osadzona w realiach, reakcje bohaterów nie są przesadzone, a ich charaktery przerysowane. Przeciwnie – wszyscy zachowują się normalnie jak na te wyjątkowe warunki. Postaci poddają się wydarzeniom bardziej, niż je sami kreują i dosyć szybko rozwiązują kolejne problemy. Nie ma tu melodramatu. Zamek staje się symbolem chęci posiadania, na które to nie każdy zasługuje. Lekka powieść idealna na wakacje.



10:27, catarina78 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49